Dziś przypłyną tu dwa trupy

Dziś jest: Piątek, 22 listopada 2019, Imieniny: Marka, Cecylii
Promocje i ogłoszenia »

Turcja

2009-08-04

Dziś przypłyną tu dwa trupy

Turyści nie lubią znajdować zwłok, więc musimy sprzątnąć wszystko, zanim oni wstaną


Budzą się, kiedy miasto jeszcze się bawi. Wkładają granatowe spodnie, buty traperki i T-shirty z emblematem miasta, które ich zatrudnia. Terenowa honda zabiera ich na plażę. Biorą zestawy do ratowania życia, podstawowe leki, ubrania. Biorą też zapas dużych plastikowych worków.

Metr za metrem przeczesują plaże. Najpierw te najbardziej uczęszczane. Potem te mniej. Te nieuczęszczane - jeśli starczy czasu. Szukają resztek łodzi, butów, swetrów, plecaków, czapek. Wywróconych do góry dnem pontonów, zamokłych koców, dokumentów podróży, paszportów, dziecięcych bucików. Wszystkiego, co mogłoby wyrzucić morze. Ale przede wszystkim szukają ciał.

- Pięć lat temu na głównej plaży, zaraz koło luksusowych hoteli, morze wyrzuciło dwóch Afrykańczyków. Znaleźli ich turyści - mówi Kazim, mężczyzna w granatowych spodniach i butach traperkach. - Turyści nie lubią znajdować trupów. Anglicy, Niemcy czy Polacy przyjeżdżają tu wypocząć i dużo płacą. Dlatego musimy znaleźć wszystkie, zanim oni wstaną.

Promocja jak w markecie

Siedzimy w małej kawiarni w bazarowej części Stambułu. Pół kilometra od nas jest słynny Topkapi - pałac sułtanów. Dzień w dzień tysiące turystów patrzą, gdzie sułtan jadał, gdzie sypiał, a gdzie mieszkały jego żony.

Ale te sprawy nie dotyczą Mahmuda - Irakijczyka z siwiejącą brodą i palcami żółtymi od papierosów. Mahmud pali co pięć minut, jak w zegarku. Papierosa dopala, aż filtr zacznie go parzyć w palce.

Pięć lat temu pracował jako tłumacz dla Amerykanów, aż ich wrogowie wydali na niego wyrok śmierci. Amerykanie pomóc nie chcieli albo nie mogli. - Jest program pomocy byłym tłumaczom, ale chyba tylko Allah wie, dlaczego mnie nie objął - mówi. - Dwóch moich kolegów zginęło. Nie było na co czekać. Wziąłem żonę, pięcioletnią córeczkę i uciekliśmy. Orçur Ulusoy, prawnik z Izmiru, który pomaga imigrantom, ostrzega mnie: - Niech pan nie wierzy w ich historie. Nie mówią prawdy. Prawda jest zbyt niebezpieczna.

Ale świetny brytyjski akcent dodaje Ahmudowi wiarygodności. Mówi, że kuzyn z Niemiec wysłał mu 1000 euro. Rodzina w Iraku uzbierała drugie tyle. Wystarczyło, żeby dojechać TIR-em do Stambułu. - Żonę i dziecko wysłałem do Grecji - mówi. - Pierwszą łódź zawróciła straż przybrzeżna. Druga nabierała wody; ledwo dali radę wrócić do brzegu.

Udało się za trzecim razem. - Dobrze, że się udało, bo kaçakci, czyli przemytnik, bierze kasę za trzy próby. Taka promocja jak w supermarkecie. Ale jeśli nie dopłyniesz za trzecim razem - zbierasz od początku - mówi Mahmud.

Żona jest już w Monachium. Mahmud utknął w Stambule. Zna tu wszystkich: od drobnych cwaniaczków, przez alfonsów, po przemytników. Dzięki niemu mogę się dowiedzieć bardzo dużo.

Mahmud musi uzbierać 2000 euro. Uczy angielskiego. Pomaga sprzedać kradzione paszporty. Nagania przemytnikom klientów. Kokosów nie zarabia, ale jak dobrze pójdzie, za rok będzie w Niemczech. Pieniądze - to dziś dla Mahmuda najważniejsze. Więc kiedy mówię: "Chcę, żebyś mi pomógł znaleźć Yusufa", Mahmud nie pyta, kto to jest ani dlaczego go szukam. Pyta tylko: ile mi zapłacisz?

Zapłacić mu nie mogę. Rozkłada więc ręce, gasi wypalonego aż po filtr papierosa i idzie w swoją stronę.

Most do bogactwa

Są dwa Stambuły.

Pierwszy należy do turystów, pięciogwiazdkowych hoteli i imprezowiczów. Orhan Pamuk szuka w nim źródeł swojej nostalgii, a obwieszeni aparatami Japończycy fotografują każdy jego milimetr. Przyjeżdża tu rocznie 10 milionów turystów. Do całej Turcji - ponad 30. Prawie 10 procent tureckiego budżetu pochodzi z ich kieszeni.

O tym Stambule i o takiej Turcji premier mawia, że jest mostem między Wschodem a Zachodem.

Ale prawdziwy most to dzisiaj drugi Stambuł. Żeby go zobaczyć, trzeba zejść z turystycznego deptaka w boczne ulice i wyostrzyć wzrok.

Wtedy można zobaczyć Afrykańczyków, którzy resztką sił ciągną wózki wyładowane metalem. Chińczyków, którzy gdzieś w piwnicy kroją ogórki do kebabów. Hindusów, którzy sprzedają podróbki perfum i którym wory pod oczami przykleiły się do twarzy na stałe. Znoszą to psie życie, bo marzą o Europie. Wierzą, że nasze bogactwo - a z ich perspektywy Polska też jest superbogatym krajem - jest lekarstwem na ich problemy.

Ci ludzie utknęli na moście, o którym mówi turecki premier. Ilu ich tu mieszka - nikt nawet nie próbuje liczyć. Naukowcy spekulują, że każdego roku przez czyściec Stambułu przechodzi od pół do nawet dwóch milionów imigrantów.

- Pracowaliśmy w fabryce po 16 godzin - tego imigranta z Chin cytowała stambulska gazeta. - Właściciel dał nam nocleg w budzie za zakładem. Na 18 osób mieliśmy cztery łóżka i jedno krzesło. Po trzech miesiącach wygonił nas i nie zapłacił. Ale najgorsze nie było to, że nie zapłacił, tylko to, że od tej pory mieszkamy na wysypisku śmieci.

Yusuf zna się na ludziach

Yusufa poznałem w tanim hoteliku klasy C siedem lat temu. Miał tyle lat co ja, długie włosy zaczesane w kitę i brodę, z którą wyglądał jak Rysiek Riedel. Miał też jedno marzenie: dotrzeć do Europy.

Przyjechał z Libii lądem do Turcji (wiza turystyczna do Syrii; stamtąd - z przemytnikami). Dziwiło mnie to, bo z Libii do Włoch też pływają przemytnicy. - Boję się wody - powiedział ze wstydem.

Było się czego wstydzić. Powinien wsiąść w pierwszą łódkę, tłumaczył mi, i albo umrzeć, albo dopłynąć. Zamiast tego tracił czas i pieniądze.

Tęsknił za rodziną. - Ale musiałem wyjechać - podkreślał wpatrzony w dzielący Europę i Azję Bosfor. - Żeby mieć żonę, musisz ją utrzymać. Ja w Libii nie mogłem utrzymać nawet sam siebie.

Zaraz jednak zmieniał temat. Wypytywał o polskie dziewczyny, filmy, zarobki. Cokolwiek odpowiedziałem, oczy zapalały mu się jak lampy statków na Bosforze. Potem liczył, ile musiałby pracować w swoim kraju, żeby mieć polską pensję, i gwizdał z uznaniem.

Strasznie był dobrym kolegą ten mój Yusuf. Jak skończyły mu się pieniądze, właściciel hotelu zaproponował, żeby dla niego pracował. Przy każdej wizycie w Stambule wpadałem tam na kawę.

- Stambuł to cudowne miasto - mówił. - Znajdziesz tu takich, co podzielą się z tobą skórką od chleba, i tych, co ci wytną nerkę i zostawią w kanale.

Szukał tych pierwszych. Mam nadzieję, że znalazł, bo rok temu przysłał mi e-mail: uczę się pływać - i znaczek:-).

Zapytałem: jedziesz dalej? Znów:-).

Potem już się nie odezwał. Z hotelu klasy C, w którym pracował prawie siedem lat, któregoś dnia po prostu wyszedł i nie wrócił.

Szukanie szpilki na pustyni

Próbuję odszukać Yusufa.

Pomaga mi prof. Ahmet Içduygu, wybitny turecki znawca problemów imigracji. Spotykamy się w jego pokoju na stambulskim uniwersytecie Koç. Profesor wspomina zeszłoroczną wizytę nad Bugiem: - Grecy uszczelniają granicę na Morzu Egejskim. Jak uszczelnią, wielka fala imigrantów zacznie mijać Turcję i uderzy w waszą granicę z Ukrainą i Białorusią - mówi. - A pański kolega? Pewnie zarobił na bilet i ruszył dalej.

- Ba, tyle to i ja wiem. Ale dokąd? Którędy? Jak? - dopytuję.

- Są dwie główne drogi: lądowa i morska. Lądowa jest bezpieczniejsza, ale lepiej strzeżona. Teraz większość płynie na greckie wyspy. Libijczyk? - i profesor szuka czegoś w zrozumiałych tylko dla niego tabelach. - Miesiąc temu dwóch złapano niedaleko wyspy Chios. Sprawdzę... - profesor dzwoni pod sobie tylko znany numer i po pięciu minutach wiemy, że żaden z tych dwóch nie jest Yusufem.

Profesor otwiera kolejną tabelkę. - Taaa.... Nie ma ich tu wielu. Ale od kiedy Włosi zaczęli strzelać do ich łodzi, coraz więcej Afrykanów przyjeżdża tutaj.

W Turcji mówimy: to jak szukanie szpilki na pustyni. Przede wszystkim musi pan się pokręcić po Stambule: większość z nich tu pracuje, zanim pojedzie dalej. Później pojedzie pan do Izmiru. Stamtąd ruszają w dalszą drogę.

Mahmud się zgadza

Dwa dni po rozmowie z Mahmudem obudził mnie recepcjonista. W holu czeka na mnie Abdullah, drobny cwaniaczek, który kilka dni wcześniej próbował mi wcisnąć grudkę haszyszu. Ma wiadomość od Mahmuda: spotkajmy się w samo południe; ta sama kawiarnia co ostatnio.

Przychodzę kwadrans przed czasem.

- Jaki nakład ma twoja gazeta? - pyta Mahmud.

- Pół miliona.

Mahmud szybko coś sobie liczy. - Pomogę ci - mówi wreszcie. - Ale ty też będziesz musiał zrobić coś dla mnie. Co? Dowiesz się w swoim czasie. A teraz idziemy zwiedzić miasto.

Kończymy więc kawę i ruszamy. Zaczynamy od Eminönü - przystani promowej, z której można popłynąć do azjatyckiej części Stambułu. Stoi tu wielki meczet. Za nim zaczyna się targ. Przed nim - plac. - Złodzieje z tego placu specjalizują się w paszportach - mówi Mahmud.

Potem tłumaczy mi, że rynek paszportów jest kapryśny jak turecka giełda. Polski jeszcze pięć lat temu wart był tyle co tadżycki, czyli nic. Ale weszliśmy do Unii, potem do Schengen. I dziś za książeczkę z orzełkiem imigranci muszą zapłacić 1-1,5 tysiąca dolarów.

Najdroższe są paszporty niemieckie i włoskie - ponad 2 tysiące. Całkiem nieźle sprzedają się też irańskie. Są łatwo dostępne, a dają wjazd do Bośni. Z Bośni do Włoch można kamieniem dorzucić. A we Włoszech każdy Libijczyk ma krewnych albo znajomych.

- O, teraz popatrz! - i Mahmud pokazuje mi siwego mężczyznę, na oko Amerykanina, wokół którego nagle robi się gęsto od ludzi. - Kurdowie robią kocioł - mówi Mahmud. - Są mistrzami. Potrafią ci wyciągnąć paszport nawet z majtek - Mahmud z podziwem kiwa głową.

Dwa dni później dwóch Kurdów próbowało oskubać także mnie - tym razem z gotówki. Z fotografem i tłumaczką jednego z nich złapaliśmy i dostarczyliśmy policji. Siedzę pół dnia na komisariacie, żeby złożyć zeznania. W tym czasie kradzież paszportu zgłasza tu 8 osób. Kolejne 16 zjawia się w biurze policji turystycznej. Tylko jednego dnia, tylko wokół placu Eminönü, zginęły paszporty holenderskie, australijskie, niemieckie i jeden norweski.

- Złodziej często ma zamówienie na konkretny paszport - opowiada mi jeden z oficerów. - Bywa, że chodzi za turystą dzień albo i dłużej. Mówią o was: dawcy paszportów.

Pytam Mahmuda, co można zrobić z polskim paszportem wydanym na moje nazwisko.

- Najczęściej są fałszowane - łatwiej podmienić jedną stronę niż cały paszport. Ale czasem ktoś je kupuje bez zmian. Ludzie w podróży tak bardzo chcą się stąd wydostać, że wierzą we wszystko. Nawet w to, że możesz być czarny i wjechać do Europy ze zdjęciem białego w paszporcie na nazwisko Szabłowski.

Allah dał mu drugie życie

We wrześniu 2003 morze wyrzuciło na turecki brzeg ciała 24 imigrantów, najprawdopodobniej z Pakistanu. Turcy byli wstrząśnięci. To była największa tragedia na ich morzu od lat.

Tymczasem był to tylko zwiastun tego, co miało nadejść. Już trzy miesiące później 60 ludzi utonęło w drodze na Rodos. Byli wśród nich Irakijczycy, Afgańczycy i Jordańczycy. Była też kobieta z 10-letnią córeczką.

Po tej katastrofie turystyczne kurorty zatrudniły ludzi, którzy w granatowych spodniach szukają ciał, by nie znaleźli ich turyści.

Prom przepływający dzień później z tych na Rodos uratował jednego tylko człowieka: 20-letniego uchodźcę z Iraku, który cudem uczepił się kawałka drewna.

Przez miesiąc wywiady z nim zrobiły wszystkie tureckie media. Był na pierwszych stronach gazet. Organizacje pozarządowe prześcigały się, żeby załatwić mu azyl, mieszkanie, pracę. Nawet ludzie w drodze, którzy sami nie mają wiele, zbierali pieniądze, żeby mu pomóc.

- Znam tego chłopca jeszcze z Iraku. Allah dał mu drugie życie - mówi Mahmud. - Jakby matka urodziła go jeszcze raz. I wiesz, co on z tym życiem zrobił?

I Mahmud prowadzi mnie uliczkami Taksimu, stambulskiej dzielnicy imprez i czerwonych latarni. W uliczce, przy której umawiają się na schadzki transwestyci, siedzi łysiejący mężczyzna, właściwie chłopiec, z kępkami włosów na brodzie. Patrzy na ulicę, uśmiecha się, coś do siebie mamrocze. Na brodzie zakrzepła mu strużka śliny.

- Znowuś się naćpał! Znowu żeś się, kurwa, naćpał! - krzyczy Mahmud i szarpie chłopcem. Potem patrzy na mnie, patrzy na chłopaka. - Nie wytrzymał - mówi. - Nie wytrzymał - powtarza i dopiero po chwili puszcza sweter chłopca, któremu Allah dał drugie życie.

Wiatr cieszy surferów

Kiedy imigranci przejdą przez czyściec Stambułu, ruszają nad morze. Schowani w TIR-ach i na pakach samochodów docierają do Basmane - dzielnicy Izmiru.

Ich szlak znów przecina się ze szlakiem turystów: Izmir to tureckie Los Angeles: piękny port, stary zamek, świetne jedzenie. Turyści też zmierzają do Basmane - tu są najtańsze hotele. Nasz nazywa się S´ukran. Już w progu mijamy trzech Afrykańczyków. Skubią pestki ze słonecznika i patrzą na kanał z pogodą, jakby mogła się poprawić od samego patrzenia.

Bazar w Basmane rozkręca się po północy. Sprzedają tu banany, pomarańcze, arbuzy, świeży chleb, kiełbasę, jaja na twardo, czekoladę i napoje energetyzujące. Wszystko, co może się przydać w czasie przeprawy. Kilka sklepów oferuje nawet linki, scyzoryki i kapoki. Gęsto tu od ludzi. Targują się, śmieją, upychają coś do małych plecaczków (przemytnikom, jak liniom lotniczym, słono się płaci za nadbagaż. W cenie jest tylko mały plecak).

Za rogiem kafejka internetowa i tanie telefony. Burkina Faso - 1 euro za minutę. Afganistan - 80 eurocentów. Syria - 60. Co chwila jakaś ledwo widzialna postać przemyka, żeby opowiedzieć rodzinie w kraju, że już jest w Izmirze. Że jeszcze tylko krótki rejs łodzią i będzie w Europie.

50 kilometrów od Basmane jest Çes´me - ostatni port przed granicą Unii. W sezonie to raj dla windsurferów. Kiedy wiatr wieje od Grecji, rzucają deski na wodę i ścinają nimi czubki fal. Wiatr z Grecji schodzi z gór; potrafi się nieźle rozpędzić.

Kiedy wieje od Grecji, ludzie w drodze czekają. Łódź musi mieć dobry silnik, żeby płynąć pod wiatr. Łódź z dobrym silnikiem kosztuje więcej. Ludzie w drodze mają więc czas, żeby zadzwonić do rodziny, kupić czekoladę, pogadać z kolegami.

Aż przychodzi upragniony wiatr z lądu. Wtedy windsurferzy idą do baru, na dyskotekę albo jadą zwiedzić Efez czy Pergamon.

Na plaże wokół miasta zjeżdżają się samochody. Wszystko odbywa się w tej samej scenerii. Łodzie ruszają z tych samych plaż, na których w ciągu dnia szaleli surferzy. Imigranci, z którymi rozmawiałem w Izmirze, wspominają, że często w tle słychać dyskotekę. Malcolm z Erytrei: - Nie mogłem uwierzyć, że oni się tam bawią. Myślałem: ja zaraz mogę zginąć, a u nich dyskoteka! Ale potem zrozumiałem, że to bardzo dobrze. Silnik łodzi warczał bardzo głośno. Gdyby nie dyskoteka, każdy by nas mógł usłyszeć.

Bóg jest wielki, bracie

W Basmane najpierw siadam na ulicy - nie chcę rzucać się w oczy. Udaję, że śpię i że wszystko, co się dzieje wokół, w ogóle mnie nie dotyczy.

Niepotrzebnie. Biznes jest prowadzony całkiem otwarcie. Dziś akurat wiatr wieje w dobrym kierunku, więc co chwila otwierają się drzwi któregoś z małych, tanich hotelików i ciemne postacie wsiadają do taksówek, ośmioosobowych mercedesów, vanów, a nawet do samochodu, który na co dzień dostarcza meble. Co chwila przejeżdża wóz policyjny, ale policjanci nawet nie zwalniają.

Hotele noszą tu nazwy: Europa, Piękna Podróż, Przyjaciel, Marzenie. W każdym progu wisi nazar - turecki amulet, który ma chronić podróżnych przed złym losem.

Na rogu właściciele hoteli urządzili mały meczet. Można tam zajść o każdej porze, żeby przed podróżą przypomnieć się Allahowi.

Za meczetem kolejny punkt z telefonami. Zagaduję dwóch chłopaków z Nigerii, Omara i Nnamdi. Na oko mają po 20 lat. - Jedziemy za dwie godziny, jak wrócą pierwsze samochody. Zadzwoniłem, żeby powiedzieć o tym matce - cieszy się Omar.

- Czy się boimy? Bracie, Bóg jest wielki i wszystko będzie tak, jak postanowi - Nnamdi poklepuje mnie po ramieniu i biegną obaj na bazar zrobić ostatnie zakupy.

Staję na chwilę przy sklepie ze świeżym pieczywem. - Ty też płyniesz? - pyta sprzedawca. - Nie, dziś nie - odpowiadam. - Jakbyś chciał kupić bilet, możesz przyjść do mnie - mówi i puszcza oko.

Przemytnik z misją

Jesienią i zimą hotele i restauracje dają turystom 30 proc. zniżki. Wiadomo: gorsza pogoda, nie można popływać. Ale za to jest cisza i piękna przyroda.

Kaçakci, czyli przemytnicy, też dają 30 proc. Wiadomo: jak się wpadnie do wody, organizm się wychładza i umiera się momentalnie. Ale są też plusy: zimą Grecy słabiej pilnują wybrzeża.

- Kaçakci kiedyś szmuglowali papierosy, alkohol i inne rzeczy - mówił mi prof. Ic´duygu. - Teraz przerzucili się na ludzi. Tu nie ma wielkiej mafii z ojcem chrzestnym na czele. Struktura jest raczej podobna do Al-Kaidy - wiele małych grup, które współpracują, ale są niezależne. Mimo to są w stanie kompleksowo zorganizować drogę od Kabulu do Londynu.

Profesor robił ankietę wśród przemytników, którzy siedzą w więzieniu. - Żaden z nich nie uważa, że robi coś nagannego. Więcej: sądzą, że bardzo pomagają ludziom. Że ich praca jest jak misja.

W małych miejscowościach ludzie wiedzą, kto jest kaçakci. Jednego z nich pokazali mi rybacy w Ayvalik - uroczym starym porcie niedaleko antycznego Pergamonu. Nazywają go Ahmed Baba - ojciec Ahmed. Niski, w za dużym płaszczu, z petem przyklejonym do poszarzałych ust. Przyjechał do portu kupić ryby. Krok w krok za nim snuły się dwa karki, na oko Uzbecy albo Tadżykowie.

Ahmed Baba pracuje dla Kurby - Żaby. Kurba i jego ludzie mają monopol na przerzut ludzi z okolic Ayvalik na Lesbos. W sezonie nie ma dnia, żeby ich łodzie nie wypływały z okolicznych wiosek. - Jak jest dobry wiatr, nad ranem słyszy się co chwila: pyr pyr pyr pyr - mówi Ismail, rybak z Ayvalik. - To silniki ich łodzi. Mówi się wtedy u nas: Kurba galdi. Czyli: Żaba sobie poszedł.

Ahmed Baba sprawia wrażenie dobrego wujka. Wita się ze wszystkimi jowialnie, przybija piątki, a starych znajomych całuje w oba policzki. Przechodzi koło mnie, niemal trącamy się ramionami. Uśmiecha się życzliwie jak człowiek, który jest szczęśliwy i innym też życzy dobrze.

Wie, że szukam informacji o kaçakci. Jestem w Ayvalik już trzeci dzień, a Ahmed Baba wie wszystko. Mimo to zagaduje przyjaźnie:

- Pan turysta?

- Tak - ściemniam. - A pan?

- Ja? Jestem lokalnym dziwakiem - Ahmed Baba śmieje się i odchodzi. Śmieją się też karki, a ich wielkie brzuchy całe się trzęsą od tego śmiechu.

Drugi raz nie pomogę

We wrześniu 2008 Ahmed Baba puszczał pontony z Behramkale. W linii prostej do greckiego wybrzeża jest tu tylko 5 kilometrów.

W roku 347 p.n.e. Behramkale nazywało się Assos. Skołatane nerwy leczył tu Arystoteles, którego nie wybrano na następcę Platona w słynnej ateńskiej Akademii. Z tutejszego portu wyprawiał się na badanie fauny i flory wyspy Lesbos.

Łodzie Ahmeda wypłynęły kilometr od historycznego portu. Wszystko szło w miarę sprawnie, aż koło drugiej w nocy pojawiła się łódź z grecką strażą graniczną.

Z dzikiej plaży koło Behramkale wszystko widać jak na dłoni. Ahmed Baba szybko wziął nogi za pas. Ale na wodzie zostały cztery pontony wielkości łupiny od orzecha, które zdążyły już wpłynąć na greckie wody terytorialne. Na nich - 38 osób.

Grecy byli agresywni. Zrobili motorówką wielkie fale. Jeden z pontonów się wywrócił. Ludzie wpadli do wody. Pogranicznicy poganiali ich wystrzałami.

Potem rzucili linę, zaciągnęli wszystkie cztery łupinki z powrotem na tureckie wody terytorialne i zabrali im wiosła i silniki.

- A niech to szlag - zaklął Ismail, rybak z Ayvalik. Jako jeden z nielicznych ma tu większą jednostkę, którą można wypłynąć po tuńczyka. Ale jak tylko wypłynął ze szwagrem z portu, zobaczyli cztery pontony z ludźmi wołającymi o pomoc. Nie mieli wioseł, a pogoda robiła się coraz gorsza.

Zebrali ludzi z łódek i popłynęli z nimi na posterunek straży granicznej. Dziś Ismail sam nie wie, czy dobrze zrobił. - Najpierw zostałem oskarżony, że pomagam w przemycie ludzi - opowiada. - Musiałem jeździć i się tłumaczyć. Na koniec prokurator powiedział: nic nie znalazłem, ale będę miał na ciebie oko.

Rybacy tutaj wiele razy pomagali imigrantom. - Latem prawie codziennie są jakieś problemy - mówi Ismail, a jego szwagier i wspólnik przytakują. - Grecy do nich strzelają. Zdarza się, że dziurawią łodzie. I rybak, zanim zacznie połów, dwie godziny pływa i zbiera ludzi z wody.

- My żyjemy z łowienia ryb - dodaje szwagier. - Ale jak wyłowiliśmy tamtych ludzi, to później dwa tygodnie nie mogliśmy pracować. A to zeznania trzeba złożyć, a to odciski palców. Jak ja mam pomagać, jak potem żona nie ma co dać dzieciom do jedzenia?

Ismail: - Teraz rybacy boją się pomagać. Zresztą tych pontonów zrobiło się tyle, że i tak nie da rady pomóc każdemu. Czy żałuję, że wtedy pomogłem? Cholera... Tak. Muszę powiedzieć, że żałuję.

Pogranicznicy biją

W grudniu 2007 roku w pobliżu miasta Seferihisar odnaleziono 31 ciał. Ile osób wtedy utonęło - nie wiadomo. Według trójki uratowanych łódź zabrała na pokład ponad 70 imigrantów.

W marcu 2008 roku co najmniej 4 osoby utonęły w okolicy miasta Hatay. Tydzień później - sześć koło Didim. W październiku 17 ciał znalazła straż przybrzeżna niedaleko C´anakkale. Kiedy pracowałem nad tym tekstem, dwa ciała znaleziono niedaleko Ayvalik. Kolejne - w okolicy Bodrum.

W listopadzie 2008 roku nowojorska organizacja Human Rights Watch oskarżyła Grecję o to, że nielegalnie wysyła uchodźców z powrotem do Turcji. Turków zaś oskarżono, że trzymają ludzi poszukujących azylu w nieludzkich warunkach.

W tym samym czasie niemiecka fundacja Pro Asyl opublikowała raport z wybrzeża turecko-greckiego. Podtytuł raportu głosił: prawda jest gorzka, ale musi być powiedziana.

Jednym z autorów raportu był Karl Kopp: - Rozmawialiśmy z imigrantami, z rybakami i z działaczami praw człowieka. Okazało się, że greccy pogranicznicy bardzo często biją, a nawet strzelają do imigrantów. Ludzi, którzy wpłynęli na ich wody, zawracają do Turcji i zostawiają na pastwę losu. A jeśli komuś się uda przedostać do Grecji - trafia do ośrodka dla imigrantów, gdzie w bardzo złych warunkach może spędzić wiele tygodni.

Ubawisz się na śmierć

Przy obu raportach współpracowali młodzi Grecy. To, czego się dowiedzieli, na wielu z nich zrobiło ogromne wrażenie.

"Uwaga, promocja!
Nasi funkcjonariusze zapewnią ci niezapomniane atrakcje!
Na powitanie ostrzelają twoją łódkę.
Potem zrobią fajne fale, żebyś się wywrócił.
Jeśli się nie wywrócisz, rzucą ci linę i zaciągną na survival na którąś z niezamieszkanych wysp.
Jeśli mimo wszystko jakimś cudem dopłyniesz do Grecji, czeka cię atrakcja - masaż pałami. A potem nawet kilka lat w atrakcyjnym ośrodku. Spacer? Nawet raz w tygodniu!
Witaj w Grecji! Ubawisz się na śmierć!".

Ulotki rozrzucili w barach, dyskotekach, sklepach i na plażach.

My znajdujemy ją na promie z Ayvalik na Lesbos. Prom płynie półtorej godziny. Kapitan często widuje łodzie z imigrantami. - Latem nawet po kilkanaście naraz. Kurs powrotny mamy o 6 rano. Ci, którzy wypłynęli w nocy, właśnie dopływają. Choć kiedyś widziałem, jak w samym środku dnia do głównego portu Lesbos wpłynął sobie ponton z imigrantami. Ale mieli fantazję!

Ikar leci nadal

Dedal był genialnym wynalazcą. Kiedy tyran Minos uwięził go na Krecie, zrobił skrzydła z ptasich piór i razem z synem Ikarem poleciał.

Ciąg dalszy znamy: Ikar poleciał za wysoko, wosk spajający pióra zaczął się topić. Ikar runął w dół i zginął.

Wiele lat później Pieter Bruegel namalował obraz pt. "Upadek Ikara". Piękny statek wchodzi do portu, oracz orze ziemię, pasterz pilnuje owiec, a gdzieś daleko nad wodą widać nogę tonącego Ikara i resztkę piór. Tadeusz Różewicz pisał o tym obrazie:

Przygoda Ikara nie jest ich przygodą musi się tak skończyć i nie ma w tym nic wstrząsającego że piękny statek płynie dalej do portu przeznaczenia.

Andrea, bankowiec z Aten, kopię obrazu Bruegla przypięła do lodówki. Zbiera też wiersze i opowiadania o Ikarze. Wiersz Różewicza? - Jest piękny, ale nieprawdziwy. W globalnej wiosce nie ma czegoś takiego jak "nie nasza przygoda" - mówi. A potem nieco poetycko dodaje: - Dziś też Ikarowie marzą, że mogą polecieć do lepszego życia. Tu, na tym wybrzeżu, ich marzenia rozbijają się o skały. A Ikar z mitologii zatonął... 50 kilometrów stąd, na wyspie Ikaria.

Dwa lata temu Andrea przeprowadziła się z Aten na wyspę Lesbos. - Pierwszego dnia ruszyłam na przejażdżkę. Za miastem zobaczyłam kobietę z niemowlęciem owiniętym kocem. Zabrałam ją i jej koleżankę do miasta. Właśnie przypłynęły łodzią z Turcji i w porcie były umówione z kolejnym przemytnikiem.

Potem okazało się, że takie kobiety to codzienność życia na Lesbos. W sezonie nie ma dnia, żeby przez samo centrum Mityleny, stolicy wyspy, nie przechodziły grupy imigrantów. Rocznie przewija się ich tu tysiące. Na miejscowym cmentarzu już ponad sto nagrobków ma napis "NN imigrant". To ci, których morze wyrzuciło na brzeg.

- Większość z nich ma już umówiony transport dalej - mówi Andrea. - Ale są tacy, którzy nie mają nic. I tacy, którzy wpadają w łapy naszych służb.

Żeby pomóc imigrantom, Andrea założyła z przyjaciółmi stowarzyszenie Ikarowie. Latem, kiedy najwięcej z nich stara się dotrzeć do Grecji, objeżdżają wybrzeże, rozwożą koce i ubrania, informują o prawach, które im przysługują, oferują prawnika, lekarza i tłumacza. - Wszystko to powinien zapewnić im nasz rząd - mówi Andrea. - Ale rząd ma to gdzieś.

Kiedy rozmawiam z Andreą w lokalnym barze, przed naszymi oczami przechodzą dwie kobiety i mężczyzna. Są przemoczeni i wydają się potwornie zmęczeni. Jedna z kobiet ma na głowie chustę. Druga głowę ma odkrytą, ale wydaje się całkiem nieobecna, jakby nie rozumiała, gdzie i dlaczego się znalazła. - Wygląda, jakby była chora. Albo jakby przeżyła coś strasznego - mówi Andrea.

Każde z nich ma na plecach malutki plecak. Mężczyźni w dżinsach i pasiastych koszulach rozglądają się niepewnie. Podbiegamy. Andrea wypytuje, czy nie potrzebują pomocy.

Imigranci są przerażeni. - Proszę z nami nie rozmawiać. Proszę na nas nie patrzeć - mówi starszy z mężczyzn. - Dwie godziny i nas tu nie będzie. Bardzo proszę i szanowną panią, i szanownego pana, żeby całkiem nie zwracać na nas uwagi.

Pontony w morzu

Żaden z imigrantów, których poznaliśmy, nie zgodził się na zdjęcie. Przejeżdżamy więc z fotografem dzikie plaże wokół Çes´me i Ayvalik. Potem - kamienne wybrzeże wyspy Lesbos. Kazim - ten, który w granatowych spodniach i butach traperkach szuka ciał - mówi, na które plaże on z kolegami nie jeździ. Objeżdżamy je wszystkie.

W różnych miejscach znajdujemy wyrzucane na brzeg dziurawe pontony. Łącznie - pięć. Wokół jednego z nich - niedaleko Çes´me - pływają jeszcze ubrania: kurtka, czapka i klapki.

Dzwonimy na policję. - Eee, pewnie ktoś wyrzucił - bagatelizują. - Ludzie, zamiast zanieść na śmietnik, rzucają do morza.

Orçur Ulusoy, prawnik, który pomaga imigrantom w Izmirze: - W tym miejscu świata nawet czapka z daszkiem, którą morze wyrzuca na brzeg, oznacza czyjąś tragedię. Niestety, nasza policja wciąż uważa, że to wyłącznie problem Unii.

Co o was myślę

Mahmud nie znalazł Yusufa. Wprawdzie słyszał o Libijczyku, który pracował w hotelu. Ale czy to był Yusuf i co się z nim dalej stało - nie wie.

Pożegnalna kawa. Siedzimy w sklepie ze sprzętem elektrycznym. To sklep kolegi. Mahmud go czasem pilnuje.

- Zabrnąłem w złe sprawy - mówi Mahmud. - Nie po to studiowałem, żeby obracać kradzionymi paszportami. Miałem być szanowanym tłumaczem, nauczycielem, może nawet akademickim. Ale jak byłem w twoim wieku, przyszła wojna. Potem - imigracja. Teraz już jestem stracony.

Chwilę milczymy, bo nie wiem, co powiedzieć na tak niespodziewane wyznanie.

Mahmuda to milczenie chyba drażni.

- Czy wiesz, że największa liczba imigrantów w Turcji to Irakijczycy? - pyta w końcu. To prawda. Od kiedy zaczęła się wojna, ponad 5 milionów jego rodaków uciekło z kraju. - Polacy, Anglicy, Amerykanie - wy wszyscy sprawiliście, że w moim kraju nie da się żyć. A teraz zamykacie przed nami drzwi na skobel. Czy to jest ta słynna demokracja, którą tak bardzo chcecie u nas promować? - pyta coraz bardziej rozdrażniony.

Nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. Siedzę więc cicho. Mahmud się uspokaja. Wyciąga z kieszeni bluzy kartkę. - Teraz ci powiem, jak mi się odwdzięczysz. Jak będziesz pisał swój artykuł, zamieścisz mój apel. Jest krótki.

I Mahmud czyta z kartki: "Ja, Mahmud X, były tłumacz wojsk amerykańskich, mam do zachodniej Europy wielką prośbę. Przyślijcie tu oddział wojska i wykastrujcie nas wszystkich. I tak nie mamy z czego wyżywić naszych dzieci. A kiedy chcemy przyjechać do was i uczciwie pracować - strzelacie do nas i wyganiacie. Wykastrujcie nas. Ulżycie i nam, i sobie".

Imiona niektórych bohaterów zostały na ich prośbę zmienione.

Yusuf nie odezwał się do dziś

By Witold Szabłowski
Source: Duży Format




» Odpowiedz

Opinie i komentarze (0)

fotoreportaze
Jeśli szukasz kredyt lub pożyczki na swój wymarzony i wgzotyczny wyjazd skorzystaj z oferty naszych partnerów finansowych, serwisów 7kredyt.pl oraz Internetowego Domu Kredytowego KredytHouse.pl

Sonda

Gdzie w tym roku spędzisz urlop?

W kraju, nad morzem

W kraju, nad jeziorem

W kraju, w górach

Za granicą

Najnowsze firmy w bazie

Tanie Bilety Lotnicze

Centrum Rezerwacji Lotów - tanie loty do większości lotnisk na świecie. Ponad 1000...

Bieszczady - noclegi pokoje...

Portal o Bieszczadach dla miłośników tych pięknych gór oraz dla tych co dopiero...

Newsletter

Jeżeli chcesz być informowany o nowościach w serwisie 7travel.pl, dodaj swój e-mail:

Portal 7travel.pl: Komunikaty | Reklama w serwisie | Zostań redaktorem | Współpraca z portalem 7travel.pl | Napisz do nas

Fora 7travel.pl: Hotele | Austria | Chorwacja | Grecja | Hiszpania | Turcja | Egipt | Maroko | Suwalszczyzna

© Copyright by 7travel.pl, 2009-2014